— alex kopia

Zdarza się i u nas, że rowerzyści ignorują czerwone światło. Jest to nie tylko wbrew przepisom, ale także – jak można by sądzić – potwornie niebezpieczne. Innego zdania są Francuzi, a Paryż jako pierwsza stolica w Europie zamierza zalegalizować jazdę rowerem na czerwonym! Uzasadnienie jest proste: w ten sposób liczba wypadków… zmniejszy się!

Każdego roku tysiące paryskich rowerzystów „proszonych jest do kasy” za jazdę na czerwonym świetle. Jednak wkrótce ma się to skończyć. Paryż jako pierwsza metropolia na świecie zakwestionowała to wykroczenie drogowe i chce pod pewnymi warunkami pozwolić cyklistom na jazdę także „na czerwonym”. Tak więc, o ile droga będzie wolna, jadący na wprost i skręcający w prawo rowerzyści, nie będą musieli czekać na zielone światło. Zatrzymać się będą musieli tylko ci, chcący skręcić w lewo. Wprowadzenie takiego rozwiązania jest wynikiem trzyletniej kampanii paryskich środowisk rowerowych.

Na sygnalizatorach świetlnych umieszczony zostanie dodatkowy symbol roweru w kolorze żółtym, pozwalający na ignorowanie czerwonego sygnału. Mimo to rowerzyści winni zachować szczególną ostrożność, gdyż „żółty rower” nie oznacza pierwszeństwa przejazdu i w razie wypadku cała odpowiedzialność spada na rowerzystę (nie wspominając o innych przykrych konsekwencjach).

Na początku nowe sygnalizatory ustawione zostaną w jednej z północnych dzielnic Paryża. Do eksperymentu wyznaczono piętnaście skrzyżowań w strefie „tempo 30″. O ile ilość wypadków z udziałem rowerzystów nie wzrośnie, żółte światło dla cyklistów stopniowo wprowadzane będzie na kolejnych 1700 skrzyżowaniach w całym mieście.

Przedstawiciele organizacji rowerzystów są pewni, że nowa regulacja sprawdzi się. Twierdzą oni, że tradycyjne skrzyżowania z sygnalizacją świetlną stanowią realne zagrożenie dla rowerzystów, którzy czując się pewnie „na zielonym” stają się ofiarami wypadków. Do niebezpiecznych kolizji dochodzi często między autobusami i dużymi samochodami skręcającymi w prawo i rowerzystami jadącymi na wprost. „Światła wcale nie zwiększają bezpieczeństwa. Są montowane po to, żeby kierowcy samochodów przepuszczali pieszych na drugą stronę ulicy” tłumaczy Christine Lambert, przewodnicząca organizacji Mieux se déplacer à Bicyclette. „Mają regulować płynność ruchu i redukować prędkość samochodów. Rowerzyści jednak ani nie jadą tak szybko, ani nie robią tyle zamieszania. To jest idiotyczne, że muszą zatrzymywać się bez powodu, tracąc energię i prędkość. Najlepiej zaufać ich zdrowemu rozsądkowi. Niektórzy myślą. że przepisy drogowe muszą być dla wszystkich takie same. A to jest nieprawda.”

Krytycy widzą to jednak zupełnie inaczej i już teraz twierdzą, że nowe regulacje spowodują tylko wzrost wypadkowości. „Jeżeli piesi, rowerzyści, motocykliści i kierowcy nie będą się wzajemnie respektowali, ulice i drogi Paryża przestaną być bezpieczne” – twierdzi paryski radny Laurence Douvin.

Rożnica zdań wokół kontrowersyjnego projektu wywołała gorącą debatę na temat bezpieczeństwa rowerzystów w ruchu miejskim. Do października ubiegłego roku zanotowano 576 wypadków drogowych z udziałem rowerzystów. Jest to o 22 wypadki więcej niż w roku 2010. Policja przyznaje jednak, że w ostatnim czasie udział rowerzystów w ruchu miejskim gwałtownie wzrósł. Natomiast o ile w 2009 roku liczba ofiar śmiertelnych wśród rowerzystów wyniosła 6, w ubiegłym roku nie odnotowano żadnego takiego przypadku.

W sumie w ubiegłym roku w ciągu dziewięciu miesięcy 5922 rowerzystów ukaranych zostało za naruszenie przepisów drogowych. W tym blisko połowa musiało zapłacić mandat w wysokości 135 euro za nierespektowanie czerwonego światła.

Nie wiadomo czy testowana właśnie regulacja zwiększy bezpieczeństwo rowerzystów na paryskich ulicach. Z pewnością jednak pozostawi sporą sumę pieniędzy w ich portfelach. A Wy co o tym myślicie?

 

Źródło:   The Times i Yahoo! Nachrichten

The Times

Read More

Tak można podsumować pismo, jakie MZDiT skierowało niedawno do częstochowskich rowerzystów, a dotyczące oznakowania ustawionego latem ubiegłego roku w Alei NMP.

Jak wiadomo, częstochowski MZDiT nie zważając na wyniki zeszłorocznych konsultacji społecznych „Dwa kółka w Alejach” i lekceważąc wynikającą z nich decyzję prezydenta miasta Krzysztofa Matyjaszczyka, ustawił w Alejach znaki, które zamiast dopuścić ruch rowerów w środkowym pasażu, nakazują rowerzystom jazdę wyłącznie tym pasem i zabraniają im korzystania z obu jezdni Alei. Kiedy Śląska Inicjatywa Rowerowa zwróciła uwagę na złe oznakowanie, urzędnicy MZDiT przedstawili jej własną interpretację ustawy Przepisy o ruchu drogowym (!!!), utrzymując jakoby rowerzyści nadal mogli poruszać się jezdniami.

Ostatnie pismo MZDiT w tej sprawie zaczyna się od serii numerów, podtrzymania decyzji, wyrażenia przekonania, stwierdzenia całkowitej poprawności i zgodności, i że policja jest też „za”. Nic nowego. Czyli jest dobrze.

Do optymistycznego i pewnego w tonie wstępu nie pasuje mi jednak dalsza część listu:

Jednakże jako zarządzający ruchem mamy zawsze na uwadze przede wszystkim bezpieczeństwo uczestników ruchu drogowego, naszym zdaniem stosowane oznakowanie powinno być zgodne z przepisami prawa, ale też zrozumiałe i nie powinno budzić wątpliwości wśród użytkowników dróg. Ponieważ opinia Ministerstwa Transportu, Budownictwa i Gospodarki Morskiej w przedmiotowej sprawie jest odmienna od naszej, zgodnie z Państwa sugestią rozważamy zmianę zastosowanych w III alei znaków drogowych na takie, które będąc w zgodzie z przepisami ustawy Prawo o ruchu drogowym poprawią czytelność wprowadzonej zasady ruchu rowerowego”.

Innymi słowy: nie jest dobrze. Czyli jest źle!

Jest źle, bo MZDiT ustawiło znaki inne, niż wynikało to z konsultacji społecznych. Jest źle, bo decyzja ta podważa sens i wiarygodność jakichkolwiek relacji lokalna władza-społeczeństwo. Jest źle, bo kolejny raz wydano niewłaściwie miejskie pieniądze. Jest źle, bo wprowadzono w błąd nie tylko cyklistów, ale wszystkich użytkowników ruchu drogowego w Częstochowie powodując zagrożenie dla ich zdrowia i życia… Wymienić dalej?

Read More

Miałem złe przeczucie, kiedy ponad rok temu pierwszy raz usłyszałem o konsultacjach społecznych w sprawie ruchu rowerowego w Alejach. Ale że cała ta historia odbijać się nam będzie czkawką jeszcze dzisiaj, prawdę mówiąc nie sądziłem.

Przypomnę, że jeszcze w poprzedniej kadencji grupa radnych miejskich wystąpiła z wnioskiem o przeprowadzenie konsultacji społecznych dotyczących ruchu rowerowego w Alei NMP. Konsultacje odbyły się jednak dopiero kilka miesięcy później, już po wyborach samorządowych pod przewodnictwem nowego prezydenta, Krzysztofa Matyjaszczyka. Na mieście pojawiły się plakaty i „lotny punkt konsultacyjny”, o konsultacjach bębniły media, a do dyspozycji częstochowian stanął nie tylko sztab urzędników ale i sam pan prezydent miasta. Decydujące spotkanie odbyło się 16. marca, a kilka dni potem pojawił się oficjalny komunikat magistratu:

W oparciu o wszystkie opinie zebrane podczas konsultacji społecznych „Aleje Dwóch Kółek?”, Prezydent Miasta zadecydował o zasadach ruchu rowerów oraz motocykli w Alejach Najświętszej Maryi Panny. Wybrany wariant zakłada, że pasaż środkowy Alej będzie przeznaczony dla pieszych z dopuszczeniem ruchu rowerowego (bez wytyczenia ścieżki rowerowej). Ruch rowerów możliwy będzie również na jezdniach. Motocykle będą mogły poruszać się w Alejach bez ograniczeń czasowych  zgodnie z obowiązującymi przepisami. Rozwiązania te zostały wskazane przez mieszkańców w drodze konsultacji”.

W dalszej części komunikatu następuje dokładny opis, jakie znaki pojawią się w Alejach, pouczenie o tym, że piesi mają w pasażu bezwzględne pierwszeństwo no i, że rowerzyści, którym śpieszno korzystać powinni raczej z jezdni niż drogi pieszo-rowerowej. Wydawało się, że wieloletnie starania rowerzystów, zaangażowanie radnych i praca urzędników nie poszły na marne i dyskusja o rowerach w Alejach zakończyła się raz na zawsze ku zadowoleniu wszystkich mieszkańców miasta.

Niespodziewanie jednak, wbrew decyzji prezydenta, w pasażu, zamiast stojące tam już znaki „droga dla pieszych” uzupełnić tablicą „nie dotyczy rowerów”, MZDiT ustawił zupełnie nowe – „droga dla pieszych i rowerów”. W opinii rowerzystów znak ten zabrania jazdy jezdnią i zobowiązuje do korzystania z drogi dla rowerów, w tym wypadku z drogi przeznaczonej dla pieszych i rowerzystów. MZDiT przedstawił jednak własną interpretację przepisów powołując się na zmiany w ustawie „Prawo o ruchu drogowym”, utrzymując, że kombinacja znaków C13 i C16 ustawionych właśnie w Alejach nie zabrania rowerzystom jazdy ulicą.

Wobec takich rozbieżności Śląska Inicjatywa Rowerowa zwróciła się o wykładnię przepisu do Ministerstwa Transportu, Budownictwa i Gospodarki Morskiej. Otrzymana właśnie odpowiedź potwierdziła niestety obawy cyklistów – wg. ministerstwa jazda rowerem jezdniami Alei NMP jest nielegalna!

Nie znam powodów, dla których pracownicy MZDiT postanowili skomplikować życie rowerzystom, pieszym, prezydentowi no i sobie. Nie wiem też dlaczego znowu niewłaściwie wydano miejskie pieniądze, bo znaki w Alejach będzie trzeba przecież znowu zmieniać. Jedno jest pewne – w Częstochowie rowerzyści jeszcze długo będą mieli pod górę…

„Dwa kółka w Alejach” >>>

Read More

Nie pamiętam takiej rowerowej jesieni. Nie żebym rower odstawiał z końcem wakacji do piwnicy, ale przecież mamy połowę listopada i w nocy pierwsze przymrozki, mimo to aura rowerzystom sprzyja i końca rowerowego sezonu nie widać. Tylko co to właściwie znaczy „sezon rowerowy”? Czy takie określenie jest w ogóle zasadne i czy pora roku ma tu jakieś znaczenie?

Dla mnie „sezon rowerowy” to pojęcie trochę z innej epoki. Kiedyś otwierało się go i zamykało oficjalnie i uroczyście z przemówieniami, na biało-czerwono (z przewagą czerwonego) i wszystko było ok. Przy okazji padały jakieś liczby, parę słów o przekroczeniu planu i właściwie na tym sprawa się kończyła. Takie czasy były, że ważniejsza była sama „akademia” niż rowerzyści, a jak już, to rowerzysta musiał być albo „turystą” albo „sportowcem”. W mieście nie było dla niego po prostu miejsca.

Niestety, przyzwyczajenie to pokutuje do dziś wśród wielu decydentów. Dlatego wciąż łatwiej spotkać polityka, który nie zważając na ulewę biegnie przez pół Częstochowy popatrzeć na przejazd Tour de Pologne, niż takiego, który widziałby sens rozwoju komunikacji rowerowej w mieście.

A w mieście pojęcie sezonu rowerowego nie występuje. Owszem, są dni, kiedy pogoda jest taka, że nie chce się z domu wychodzić… Leje jak z cebra, albo jest mróz i na jezdni „szklanka”. Czy zupełnie odwrotnie – upał jak cholera i człowiek najchętniej wlazłby do lodówki zamiast iść do roboty…
Ale powiedzmy sobie szczerze, takich dni w roku jest kilka, no może kilkanaście… I nie jest to ani koniec ani początek żadnego sezonu! Prawda jest taka, że przez większą część roku można korzystać z roweru i pozostaje on najwygodniejszym, najszybszym, najtańszym, najzdrowszym (itd) środkiem transportu zwłaszcza na niedługich dystansach w mieście.

Dla rozwoju ruchu rowerowego dużo ważniejszy od warunków atmosferycznych jest stan infrastruktury rowerowej i przyjazna polityka komunikacyjna. Potwierdzają to doświadczenia tak różnych klimatycznie krajów jak Szwajcaria i Austria albo Skandynawia, gdzie zima znaczy faktycznie śnieg po pas i mróz, czy upalna Hiszpania i Włochy, gdzie średnie temperatury roczne wynoszą 15 st. C, albo Holandia i Dania – gdzie mimo, że „ciągle pada” – udział rowerzystów w codziennym ruchu miejskim dochodzi nawet do 40%!!!

W Polsce szacuje się, że rowerzyści w ruchu miejskim stanowią 3%. Częstochowa niestety statystyki tej nie ciągnie w górę… A szkoda, bo nie pamiętam takiej rowerowej jesieni…

 

przeczytaj w gazecie >>>

Read More

Któż nie pamięta czerwonego piętrusa z podobizną Krzysztofa Matyjaszczyka na masce, pędzącego dziurawymi ulicami Częstochowy? Dla jednych był symbolem Nowego, dla innych – propagandową ciężarówką, puszczającą przez „kołchoźnika” pieśni rewolucyjne.

Poruszanie się po Częstochowie wymaga nie lada cierpliwości. Wie o tym każdy, kto przez miasto musiał choć raz się przedostać (słowo „przejechać” byłoby tu chyba nie na miejscu). Już latem wydawało się, że sytuacja sięgnęła dna – na przemian nie jeździły autobusy i tramwaje, ulice zamykano zgodnie z ruchem szachowego konika, a jedynym środkiem transportu, którym najpewniej dojechać można było do celu, był rower. Z tego to akurat się cieszę, bo kocham jazdę rowerem, ale powiedzmy sobie szczerze, jeżeli w przeciętnym, 200-tysięcznym europejskim mieście przestaje działać komunikacja zbiorowa, połowa ulic zamkniętych jest dla ruchu, a działanie magistrackich służb ogranicza się do ustawiania znaków zakazu jazdy (bez ich egzekwowania), to coś chyba jest nie tak. A idzie zima i lepiej nie będzie…

Właśnie rok mija odkąd Krzysztof Matyjaszczyk czerwonym autobusem „wjechał” do magistratu. Można powiedzieć, trochę na gapę, bo bez jakiegokolwiek pomysłu na Częstochowę. Pierwszy pasażer tego autobusu właśnie wysiadał… Rewolucji nie będzie. Tylko kto za tę podróż zapłaci?

Read More

„Kazimierz Dolny nad Wisłą
Jak perła między wzgórzami
Swoistym pięknem nam zabłysnął
Ryneczkiem z kamienicami…”

Co tu robi Grechuta? Nic. Ale zmęczony jestem tą „wielką polityką” w mediach. Na przekór więc wszystkim nie będę pisał dziś o wygranych czy przegranych w ostaniach wyborach, o krzyżu co ma wisieć albo nie i o lewicy, która w dwadzieścia kilka lat po upadku komuny przestała istnieć. No może nie tak całkiem – prezydent Matyjaszczyk trwa dzielnie na swoim posterunku, ale bardziej chyba należy rzecz traktować jako lokalny folklor niż wielką politykę. Ale i o Matyjaszczyku dziś nie będzie. Będzie za to o Zbigniewie Strzelczaku, radnym PiS.

Wygląda na to, że i on polityką jest zmęczony. Zamiast, jak wszyscy działacze jego partii, szukać winnych kolejnej wyborczej porażki – Strzelczak postanowił zrobić coś dla miasta! I rzecz byłaby godna podziwu i warta naśladowania – oto facet, który miast wypalać się w wewnątrzpartyjnych sporach, rzuca się w wir spraw najważniejszych dla lokalnej społeczności – gdyby nie chodziło o przebudowę częstochowskiego ratusza.

Strzelczakowi tak ów stary ratusz w nowej formie doskwiera, że żyć z nim w Częstochowie nie może. Paskudny jest zwłaszcza taras widokowy na wieży, który musi zniknąć i basta. I nie jest to żadne widzimisię radnego, tylko opinia jego znajomych, z którymi radny niejednokrotnie już sprawę konsultował. A oni „latarni morskiej” w środku miasta nie potrzebują…

W pierwszej chwili pomyślałem nawet, że to żart. Że to aluzja do „częstochowskiego molo”, czyli kładki zerwanej przed laty nad Jana Pawła II. Wiadomo, nie ma morza a latarnia jest i molo… Że pan radny w taki żartobliwy sposób zwrócić chce uwagę na problemy komunikacyjne miasta, że drogi w fatalnym stanie są, tramwaje nie jeżdżą i autobusy, że korki gigantyczne itd.
Kiedy jednak Strzelczak zapowiedział starania o środki na realizację swojego pomysłu w przyszłorocznym budżecie miasta, zrozumiałem że sprawa jest poważna i nie ma tu nic do śmiechu.

Nie ma chyba sensu podpowiadać radnemu Strzelczakowi co w mieście byłoby faktycznie do zrobienia, skoro spośród wszystkich palących problemów głowę zaprząta mu szklana nadbudówka na ratuszowej wieży. Sugerowałbym jednak kilkudniowy urlop. Może Kazimierz Dolny nad Wisłą?

„…Zjeżdżają w to miejsce ludzie
Dla piękna miasta, wzgórz ciszy
By oczy nacieszyć, nacieszyć po trudzie
Nerwy stargane wyciszyć

Napoić dusze pejzażem
Co jest jak balsam kojący
Stanąć przed łąki wielkim ołtarzem
By wchłonąć opar pachnący…”

Co tu robi Grechuta? Nic.

Read More

Niektórzy twierdzą, że gdyby małpę posadzić przed maszyną do pisania, ta waląc bez zrozumienia w klawisze mogłaby w końcu napisać książkę. Zastanawiam się, kto napisał na plakacie wyborczym Marka Balta „Serce. Wiedza. Charakter.”? Po co to zrobił? Czy to przypadkowy zlepek wyrazów? Czy mają one może jakiś sens i znaczenie?

Z historii znamy przypadki, kiedy kilka słów stawało się natchnieniem do działania dla całych pokoleń Polaków. „Ojczyzna, Nauka, Cnota” Mickiewicza stały się hasłem Filaretów, a litery ONC do dziś widnieją na harcerskiej lilijce. „Bóg, Honor, Ojczyzna” na sztandarach polskiego wojska towarzyszyły naszym rodakom na wszystkich frontach i kontynentach zagrzewając ich do walki w słusznej sprawie. Ale bywało i tak, że zwyczajne „siekiera, motyka, piłka, szklanka…” stawały się orężem w walce o niepodległość naszego kraju.

Dziś na szczęście nie musimy obawiać się niczego i śmiało możemy pisać i mówić co tylko nam ślina na język przyniesie. Dotyczy to mnie, dotyczy to Ciebie drogi czytelniku i, jak widać – dotyczy to też pana Balta. Różnica jednak między nami jest taka, że ani ja, ani Ty nie mamy ambicji posiadania władzy. Pan Balt natomiast bez władzy życia sobie chyba nie wyobraża choć w swojej dotychczasowej karierze jako przewodniczący Rady Miasta sławę zyskał nie tyle dzięki swojej skuteczności, co oryginalnym pomysłom.

A to pątników chciał opodatkować, a to województwo częstochowskie wskrzeszać, a to znowu drugie Chiny w Częstochowie budować. Zasłynął także z niechęci do dzielenia się władzą z mieszkańcami miasta, krytykując projekt tzw. obywatelskiej inicjatywy uchwałodawczej.

Ale Marek Balt ma na swoim koncie także sukcesy. Jak czytamy w serwisie informacyjnym lewicy „Wybierzmy Przyszłość”, w duecie z Krzysztofem Matyjaszczykiem rozgromił wszystkich przeciwników w turnieju gry w… piłkarzyki.

Wracając jednak do kociokwiku na plakacie wyborczym, zastanawiam się jakie hasło najtrafniej oddałoby osobowość kandydata numer dwa częstochowskiej lewicy na posła. Oto kilka moich propozycji: Gruszki. Wierzba. Balt – hasło lekkie, miłe dla oka i ucha, skierowane do wiecznie niezadowolonych. Dla starszego lewicowego elektoratu trochę bardziej drapieżnie: „Dyktatura. Proletariat. Balt”. A dla miłośników kina akcji i przygody – „Miłość, szmaragd i krokodyl”.

Read More

O tym, że wakacje to dla mediów sezon ogórkowy wiemy nie od dziś. W telewizorze same powtórki – Szarik, Kloss albo jakiś inny Tolek Banan. Radio katuje nas egzotycznym rytmem lansując przebój sezonu, a w prasie czytamy, że Alicja Bachleda-Curuś ma romans z jakimś Antonio, Marek Balt będzie startował w wyborach do parlamentu, a miss lata w Lubusku zostanie najprawdopodobniej Ania Kowalewska – że ograniczę się do kilku tylko przeczytanych ostatnio to tu, to tam gazetowych njusów.

Jak wśród takiego nawału informacji odróżnić te zupełnie błahe od tych, które jednak mogą mieć znaczenie dla nas, a nie wyłącznie dla Alicji i Antonia, Marka czy Ani lub innych bohaterów tego trochę deszczowego lata? I czy w ogóle warto zaprzątać sobie tym głowę? A jak już, to jak zapamiętać kto dobrze chciał dla innych, a kto tylko dla siebie, żeby nikogo nie skrzywdzić np. oddając swój głos na jakąś miss mokrego podkoszulka (nie mylić z Anią z Lubuska) myśląc, że to ona chce zostać parlamentarzystką, zamiast na szlachetnego polityka (też nie mylić…) lub odwrotnie.

Ania na pewno chce dobrze. Dobrze dla siebie, podobnie jak Natalia i Iwona (jak podaje Gazeta Lubuska, konkurencja jest cholernie silna). To, czego chcą Alicja i Antonio nie ma znaczenia, bo to tylko show. Stara reguła Hollywoodu mówi bowiem – niech piszą dobrze, niech piszą źle, byle pisali. A czego chce Marek?

Wśród wakacyjnych powtórek nie znalazłem „Janosika”. Szkoda. Może to byłaby odpowiedź na nurtujące mnie pytanie. Jak wszyscy wiemy, legenda głosi, że Janosik to rozbójnik był. Dobry rozbójnik. Odbierał bogatym i dawał biednym. Taki, można powiedzieć, wczesny działacz lewicowy. Problem w tym, że takich dobrych i bezinteresownych facetów nie ma, nie było i nie będzie, a cała historia wyssana jest z palca jedynie ku pokrzepieniu serc biednych górali ciemiężonych przez rozmaitych cwaniaków i innych hierarchów austro-węgierskiego imperium. I nawet jeżeli w bajce tej jest odrobina prawdy, to na wszelki wypadek – stawiam na Tolka Banana.

Read More

Władza była na wycieczce w Chinach. Było pięknie tak, że się władzy zamarzło drugie Chiny u nas zbudować. Najlepiej za chińskie pieniądze, których Chińczycy mają przecież w bród i dzięki nowoczesnym chińskim technologiom, o których osobiście nie słyszałem, ale nie jestem ekspertem, więc się nie wypowiadam. W końcu proch wymyślili.
Zanim jednak yuany popłyną do nas szerokim strumieniem a my w parku jasnogórskim w skupieniu uprawiać zaczniemy tai chi, magistrat postanowił kilka chińskich standardów sprawowania władzy przybliżyć nam już teraz. I tak oto tow. Balt oznajmił, że nie widzi powodu zawracania częstochowianom głowy jakąś obywatelską inicjatywą uchwałodawczą, a prezydent Matyjaszczyk taką formę demokracji uznał wręcz za niebezpieczną strasząc obywateli dość makabrycznymi następstwami takich „fanaberii” z ostrym narzędziem w tle. I racja. W Chinach partia wie co dla narodu jest najlepsze i władzą dzielić się nie musi. A jak się komuś nie podoba…

Towarzysz Balt jest politykiem ambitnym, a chęć uszczęśliwiania ludzkości weszła mu tak bardzo w krew, że Częstochowa to dla niego za mało. Stąd zapewne pomysł na województwo. Województwo częstochowskie rzecz jasna. Pomysł nie jest ani nowy ani oryginalny, ale nic przecież nie kosztuje żeby przypomnieć go do czasu do czasu. Tym bardziej, że z budowaniem drugich Chin to może jeszcze potrwać. No a jakby tak mieć swoje województwo, to byłoby już wokół czego mur budować.

Posada marszałka albo vice na początek. I sejmik wojewódzki by był, ściągnęłoby się kilku sprawdzonych towarzyszy z terenu i człowiek nie musiałby tak sam tyrać. Można by się skoncentrować na budowie krainy wiecznej szczęśliwości ludu pracującego miast i wsi od Kłobucka do Myszkowa. Tak trzymać!

przeczytaj w gazecie >>>

Read More

Taki stary kawał mi się przypomniał. Może nawet go już tu gdzieś opowiadałem, ale posłuchajcie. Spotyka się Reagan z Breżniewem, rozmawiają o tym i o tamtym… Rozkręcili flaszkę, wypili po jednym… zrobiło się luźniej. Reagan pochwalił się, że na bazie wykrywacza kłamstw udało się skonstruować maszynę, która na ekranie pokazuje wizjonerskie myśli przywódców światowych mocarstw. Warunek jest jednak taki, że trzeba trochę wypić… „W cziom dieła?” zapytał Breżniew i wypili po jeszcze jednym. Najpierw do maszyny podłączył się Reagan. Na ekranie pojawiły się obrazy futurystycznych miast, uśmiechnięci ludzie i ogólnie wszechpanujący dobrobyt… Breżniew wypił jeszcze jednego i podłączył się do maszyny. Na ekranie nic. Wypił kolejną setkę – nic. Poprawił szklanką wódki i na ekranie pojawił się… mały kiszony ogóreczek.

Uczniowie Traugutta będą mogli parkować samochody za free! Nie wszędzie ale pod swoją szkołą. Tak uradzili towarzysze w magistracie. Rzecz to niesłychana, żeby orędownicy zasady „wszystkim po równo” tak niesprawiedliwie potraktowali uczniów częstochowskich liceów. To wręcz skandal! Bo gdzież parkować ma „Sienkiewicz” czy „Norwid”? Albo „Słowacki” – gdzie decyzję prezydenta zapewne odczuto szczególnie boleśnie. Pamiętamy przecież, że w prawyborach właśnie w liceum im. Słowackiego wygrał Matyjaszczyk. A teraz taka wdzięczność…

Jak zareagują młodzi mieszkańcy naszego miasta? Może w proteście jakąś samochodową masę krytyczną zorganizują i nie zważając na horrendalne ceny benzyny i skromne kieszonkowe, w kilkaset aut przejadą Alejami? A może na bezczelnego parkować zaczną pod magistratem utrudniając życie „wierchuszce”? Albo zaczną jeździć na wagary i zamiast uczyć się pilnie, zapełnią wielopiętrowy parking Galerii Jurajskiej? Do głowy przychodzą mi tylko czarne scenariusze…

Prezydent nie ma szczęścia do doradców. Ani tym z importu, ani tym rodzimym nie udało się stworzyć sensownego planu funkcjonowania miasta. Jakby prześcigali się w kuriozalnych pomysłach, do których zaliczyć trzeba niestety także ostatnią inicjatywę Ryszarda Szczuki dotyczącą parkowania pod II Liceum Ogólnokształcącym. Nie ma chyba drugiego takiego miasta w Polsce, gdzie licealiści w prezencie od magistratu otrzymaliby darmowy parking samochodowy. I wcale bym się nie zdziwił, gdyby następnym krokiem tow. Szczuki był wniosek o wysłanie pod szkołę na Kilińskiego patrolu straży miejskiej, żeby uczniowie nie musieli martwić się o swoje samochody pisząc klasówkę powiedzmy z… ochrony środowiska.

Do prawdy trudno przewidzieć co jeszcze zafundują nam ci „wszyscy ludzie prezydenta”. Mam tylko cichą nadzieję, że trafi się wśród nich choć jeden, którego nie wstyd byłoby podłączyć do maszyny Reagana z dowcipu…

przeczytaj w gazecie >>>

Read More